Nowy Rok 2008/2009
Jak zawsze na przełomie roku media pełne były noworocznych planów, postanowień, zobowiązań. Obsesją wszystkich stały się przygotowania i planowanie, i to do tego stopnia, że zapominamy o smakowaniu chwili teraźniejszej.
Gonimy za czymś, co powinno nas uszczęśliwić a gdy to dostajemy – zamiast delektować własne szczęście, natychmiast zaczynamy wątpić, pytać czy to jest naprawdę to?
Czy nasze okresy, bądź chwile, szczęścia nie są raczej mieszaniną dumy i ulgi, że w końcu zdobyliśmy pracę, kontrakt, partnera? Wkrótce to uczucie blaknie, ustępując kolejnemu wyzwaniu i kolejnej próbie wepchnięcia innego ideału na piedestał, z którego w każdej chwili może spaść z powodu odkrywanych w nim niedoskonałości.
Czy po dwóch tygodniach, gdy założą nam drugi telefon w pokoju i dostaniemy klucz do dyrektorskiej toalety, przyznamy – tak uczciwie, że jakość naszego życia zmieniła się na lepsze? Czy rzeczywiście równają się szczęściu – te chwile beztroski, poczucia bezpieczeństwa i siły w bezmiarze codziennego znękania i niezadowolenia? I analogicznie, czy spokój, który odczuwamy, jest czymś więcej niż odpoczynkiem, przerywnikiem, kiedy to na moment uwalniamy się od zobowiązań? Na jak długo starcza nam – jednorazowo – poczucia głębokiego szczęścia, prawdziwego spokoju?
Wydaje mi się, że rodzaj szczęścia, który dostarcza nam założony plan gry, ma cechę przypisywaną zwykle chińskiemu posiłkowi: napełnia cię, a w pół godziny później jesteś znowu głodny.
Czy więc należy porzucić nadzieję na szczęście?
Porzucić nadzieję na nową miłość, bo przecież nadzieja to matka głupich? Wręcz przeciwnie, w nowym roku pozwólmy nadziei kierować naszym życiem!
Buddyjskie “porzuć nadzieję” nie jest tak potwornie pesymistyczne jak u Dantego w “Boskiej komedii” lub napis umieszczony w Delfach. Jeśli zatrzymamy się na poziomie damsko – męskim to porzucenie nadziei powinno się rozumieć jako: porzuć nadzieję na zmianę czegokolwiek w swoim partnerze. Porzuć nadzieję, że przestanie się spóźniać, że zacznie lepiej gotować, będzie mniej roztrzepany, schudnie piętnaście kilo lub nauczy się oszczędzać.
Zamiast dążenia do zmiany drugiej osoby według swoich wyobrażeń powinniśmy spytać siebie: jak wyglądałoby moje życie gdybym zaakceptował partnera takim, jakim jest? Co by się stało gdybym raz na zawsze przestał marudzić, robić aluzje, przytaczać obiegowe opinie, zdanie specjalistów, znajomych, rodziców, wyniki badań, które mają udowodnić, że mam rację? Kiedy porzucamy nadzieję, schodzimy z utartego szlaku, który sami wydeptaliśmy, uciekając się za każdym razem do schematycznych reakcji. Zaczynamy akceptować ukochaną osobę z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Oczywiście nie oznacza to przyjęcia postawy męczennika i nie mówienia o tym, co nam przeszkadza. Jasne, że nie. Oznacza szukanie kompromisu a nie pouczanie, wyrażanie własnego zdania, a nie zgłaszanie pretensji czy wymuszanie zmian.
Ludzie zwykle postępują tak jak to robili do tej pory, zatem mamy do wyboru albo się denerwować, albo to zaakceptować, albo się dogadać. Kompromis wymaga obopólnej zgody. Nie przenoszenia emocji z jednej na drugą bogu ducha winną osobę. To, że ktoś nas skrzywdził kiedyś wcale nie oznacza, że tego samego mamy się spodziewać od kolejnej kochanej przez nas osoby. Próbując odnaleźć lekarstwo na nieszczęście w ramach tego samego, wadliwego programu, który nas unieszczęśliwił – kręcimy się w kółko.
Mało odkrywcze? Proste? Właśnie, dlatego genialne, bo mało odkrywcze i proste.
Można więc spytać czy chęć szczęścia to porzucone nadzieje?
Tak, bo z powyższych zdań wynika, że jeśli chcemy być szczęśliwi musimy porzucić nadzieję o księżniczce zamkniętej w wieży. Tak, bo jeśli chcemy być szczęśliwi powinniśmy przestać wypatrywać na swojej drodze anioła ukształtowanego z naszych wyobrażeń i oczekiwań tylko dostrzec piękno stojące obok.
Nie, bo koniec nadziei oznacza koniec naszej gotowości na przyjęcie szczęścia, oznacza zgodę na to żebyśmy już zawsze byli nieszczęśliwi. Więc w chwili braku szczęścia wolę zdanie Słowackiego “niech żywi nie tracą nadziei” niż Dantego “porzućcie wszelką nadzieję”.
Spytana o to, czego ja w życiu pragnę? odpowiedziałam: chcę być szczęśliwa.
Ze wszystkimi tego konsekwencjami, kompromisami i przyjemnościami.
Wiem jednak, że żeby być szczęśliwym trzeba sobie na szczęście pozwolić. Otworzyć szeroko drzwi i zaprosić je do swojego domu. Otworzyć szeroko serce i poprosić: wejdź, rozgość się i zostań. Bez warunków, oczekiwań, planów, kalkulacji. Po prostu bądź i pozwól mi ciebie czuć.
A potem trzeba o nie dbać, karmić codziennie, pielęgnować by zapuściło mocne korzenie, rosło i nie chciało szukać ciekawszego miejsca. Zatrzymać i nie pozwolić odejść w momentach trudnych.
Większość ludzi ma tyle szczęścia na ile sobie pozwoli powiedział Lincoln więc w nowym, pełnym nadziei roku życzę Wam żebyście sobie pozwolili na bycie szczęśliwymi. Zaproście szczęście do swoich domów i serc po to żeby zawsze był obok Was ktoś, kto chce spełnić Wasze pragnienia. Jak w opowiastce, która cytuję jako pointę.
Małżeństwo siedzi sobie na tarasie. Jest niedziela. Nigdzie nie pędzą. Mają czas dla siebie. Kobieta, lekko zawstydzona, mówi do męża: “Napiłabym się odrobinę whisky, ale nie ma jeszcze piątej”. Na co on odpowiada: “Kochana, zawsze gdzieś jest już piąta”. I przynosi jej pełną szklaneczkę.
Wszystkiego najlepszego w Nowym 2009 Roku
życzy Iwona E. Kowalska
Redaktor Naczelna Naszego Zdrowia





